Ostatnio na Facebooku sporo zdjęć z grani Żabiego Konia, która rzeczywiście jest cienka jak jakieś ostrze. Ja też miałem pewną przygodę z tą górą - zejście na żywca północną ścianą, co ciekawe, przez pomyłkę.
Zamieszczam opisujący to fragment mojej książki "Ślady na śniegu". Dodam jeszcze, że moi partnerzy z tej przygody to Janek Hobrzański i Michał Wroczyński.
Żabi Koń jakim jest, każdy widzi. Góra to ze wszystkich stron stroma, można by rzec: cienka. Taki płaski kamień postawiony w pionie. Środowiskowa anegdotka opowiada o dwóch taternikach, z których jeden wbijał hak na północnej ścianie, a drugi siedząc na szczycie widział całą cieniznę tego skalnego tworu. Otóż ten drugi rzekł ponoć do tego pierwszego:
- Nie klep tak, nie klep, bo jak byś wiedział w co klepiesz, to byś tak nie klepał.
Mówiło się też, że na Żabim Koniu nie wolno używać zbyt długich haków, by nie naruszać granicy (między Polską a Czechosłowacją).
Żabi Koń, jako twór płaski, ma tylko dwie ściany: północną i południową. Z południową ścianą związana jest pewna anegdota. W czasach, gdy góra ta była jeszcze nie zdobyta, uchodziła za największy „problem" tatrzański. Sławny Klimek Bachleda powiedział nawet, że „jeszcze się taki nie urodził, co by na tę turnię wylazł". Ledwo to powiedział, a już następnego dnia niejaki Häberlein zdobył Żabiego Konia, mało to, w towarzystwie baby. Od tamtej pory datuje się zasada, że jak tylko okrzyknie się, że coś jest niemożliwe, to zaraz ktoś to zrobi.
Południowa ściana Żabiego Konia jest ładna i lita a północna jest dokładnym jej zaprzeczeniem. Stanowi ona tak zwany „trawiasty monolit", czyli zbudowana jest z gliny, glinołupku, próchna, ruchomych kamieni, błota, łopianów, a nade wszystko z trawy. Tylko sam czubek tej trawiasto-błotnej pionowej konstrukcji stanowi skałka z dość litym piątkowym zacięciem, którym wiedzie droga Stanisławskiego. Legenda głosi, że autorzy tej drogi nieco zmienili jej przebieg, by nie zniszczyć kępy pięknych kwiatów rosnących na skale. W to, że na skale tej ściany rosły kwiaty, gotów jestem uwierzyć (cóż tam nie rośnie!), ale w resztę legendy nie. Dziś każdy kursant wie, że Stanisławski nie chciał zdeptać roślinki, ale niech mi ktoś odpowie której?
To był jeden z pierwszych dni lata i właśnie przyjechaliśmy w góry. Postanowiliśmy we trzech, z Jankiem i Michałem, odbyć dłuższy spacer granią by się nieco zaaklimatyzować przed nowym sezonem. Wzięliśmy ze sobą linę i parę haków na wypadek, gdyby przyszło gdzieś się wspiąć. Rankiem niespiesznie, po śniadaniu, podeszliśmy na Przełęcz pod Chłopkiem. Mieliśmy zamiar zakończyć spacer na Rysach i zejść stamtąd szlakiem. Przeszliśmy grań Czarnego Mięguszowieckiego, pokonaliśmy na wprost uskok Hińczowej Turni, przebyliśmy grań Wołowego Grzbietu i Wołowej Turni, zeszliśmy pod południową ścianę Wołowej Turni, wspięliśmy się na nią (bodajże drogą Štaflovej) i już o zmroku stanęliśmy na Żabiej Przełęczy Wyżniej tuż pod uskokiem grani Żabiego Konia. Ponieważ uskokiem grani właśnie zjeżdżali na linach jacyś Słowacy, weszliśmy na Żabiego Konia drogą Häberleina. Stanęliśmy na szczycie i tu... skończył się dzień. Po ciemku grań w stronę Rysów wyglądała jakoś nieprzyjemnie. Zaczęliśmy kombinować, co tu zrobić.
- Zjechać to każdy głupi potrafi - stwierdził Michał i zaproponował, aby z Żabiego Konia zejść. Podobno w północnej ścianie jest jakaś dwójkowa droga, którą zejść by się dało.
Wzięliśmy przewodnik Paryskiego i dalej czytać. Faktycznie, dwójkowa droga jest, ale opisana od dołu do góry. Trzeba więc czytać opis od tyłu. Przewracamy kartki w słabym świetle latarki i szukamy końca opisu. Jest koniec opisu. Wyprowadza na szczyt. No to ze szczytu trzeba złazić. Pierwszy rusza Janek. Marudzi, narzeka, że trudno.
- Złaź, nie marudź - popędzamy go z góry.
- Ku*wa, jak trudno. To nie może być dwójka - marudzi znowu.
- Złaź, nie rozwspinany jesteś, to ci trudno.
Wreszcie jest na jakiejś półce.
- Chłopaki, chyba lepiej zjechać - mówi.
No tak, ale on ma w plecaku linę. Jak tu zjechać, jeśli lina jest na dole, a my na górze? Nie ma wyboru. Do schodzenia zabiera się Michał. Michał jest świeżo poskładanym połamańcem. Półtora roku temu zwalił się w skałkach dwadzieścia metrów i połamał obie nogi. Ma jeszcze drobne niedowłady. Marudzi jeszcze bardziej.
- Złaź, nie gadaj - krzyczymy na niego tym razem z góry i z dołu.
Wreszcie moja kolej. Od razu widzę, że dwójka to to nie jest. Gładko, pionowo, małe stopieńki ledwo widać w migotliwym świetle latarki. Luft pod nogami całkiem pokaźny. Nie mam wyboru. Bez liny mogę tylko siedzieć na szczycie i czekać na czyjeś zmiłowanie. Patrzę na mizerne punkciki latarek kolegów i nagle uświadamiam sobie, że coś w tym wszystkim nie gra. Jestem w pionowym trudnym zacięciu nad kilkusetmetrową ekspozycją, po ciemku, w zejściu. Lodowate dotknięcie czarnej pustki pod nogami jest aż nadto dosłowne.
- Ku*wa! - mówię, gdy noga zsuwa mi się ze stopnia. Omal nie runąłem.
- Złaź, nie marudź - słyszę z dołu.
Wreszcie jestem przy nich. Wszyscy już wiemy, że teren w którym jesteśmy nie ma nic wspólnego z dwójką. Każdy jednak zachowuje tę wiedzę dla siebie. Od razu okazuje się, że dalej nie można zjechać, bo... nie ma z czego założyć stanowiska. Zeszliśmy poniżej szczytowej skały i jesteśmy w strefie pionowego glinołupku. Wbijać haki można, nawet wszędzie, tyle że ich wytrzymałość jest praktycznie zerowa.
Wieszamy linę jak do zjazdu na jakimś kaprawym haczyku i umawiamy się, że nie będziemy go obciążać. Zaczyna się mozolne schodzenie w ciemnościach i trawiasto-łopianowej kruszyźnie. Poruszamy się niezwykle wolno. Mijają godziny męki, drżenia mięśni, stania w niewygodnych pozycjach, wżynania się pasów od plecaka. Ściana zdaje się nie mieć końca. Wreszcie nad ranem utknęliśmy na dobre.
Po kolejnym pseudozjeździe nie można ściągnąć liny. Najgorzej, że kawałek już ściągnęliśmy i jeden jej koniec już „wyszedł", po czym wszystko zaklinowało się na dobre. Ten częściowo wywleczony koniec wisi nam teraz bezczelnie dziesięć metrów nad głowami. Czekamy do rana stojąc każdy oddzielnie na trawiastych stopniach bez asekuracji. Nie da się nawet usiąść. Nad naszymi głowami, na Żabiej Przełęczy Wyżniej, wszystkie lodowate wichry urządziły sobie sabat. Od płatu śniegu pod ścianą ciągnie po nogach, jak z niedomkniętej lodówki.
Rano włażę na żywca odczepić linę. Wreszcie schodzimy pod ścianę.
- No to powiedzmy to, co wszyscy wiemy... - mówi Janek.
- ...żeśmy zeszli Stanisławskim - kończę za niego.
Przewracając kartki w przewodniku, przewróciliśmy jedną za dużo. Dwójkowa droga w tej ścianie naprawdę istnieje, ale nie kończy się na szczycie, tylko w dolnej części wschodniej grani. Czytanie opisów od końca wymaga więcej uwagi.
Na zdjęciu: Żabi Koń, jedna z niewielu gór, które mają tylko dwie ściany (bo są takie cienkie).
Czerwony punkcik na szczycie to ja.
za: oryginalną wersją: https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=pfb[...]
