Wędrówka przez lata / Kasia Dominik

Wędrówka przez lata / Kasia Dominik

— Boże, myślisz, że człowiek pozostaje przez całe życie tym samym człowiekiem? — zapytałam pewnego wieczoru, gdy zachodzące słońce malowało na ścianie złote smugi.
— Nie wiem, Kasiu. Może bardziej przypomina rzekę niż kamień. Wciąż płynie, a jednak wciąż jest sobą.
Długo milczałam. W tamtej ciszy usłyszałam echo własnej przeszłości.
Widzę dziewczynkę biegnącą polną drogą. Jej sukienka jest skromna, kieszenie puste, ale serce pełne. Nie zna bogactwa mierzonego monetami, bo codziennie otrzymuje coś cenniejszego — ciepłe dłonie matki i spokojny głos ojca. Dom nie błyszczy przepychem, lecz rozświetla go miłość, która nie potrzebuje ozdób.
Wtedy świat był prosty. Pachniał świeżo skoszoną trawą, chlebem wyjętym z pieca i letnim deszczem. Każdy dzień był odkrywaniem małych cudów. Nie zastanawiałam się nad przemijaniem. Czas wydawał się nieskończoną drogą ciągnącą się aż po horyzont.
— Tęsknisz za tamtymi latami? — spytał Bóg.
— Nie za samymi latami. Za umiejętnością zachwycania się wszystkim bez pytania o jutro.
Potem przyszła młodość — jak wiatr, który otwiera wszystkie okna naraz. Pojawili się ludzie, marzenia, rozczarowania i pierwsze zachwyty. Świat okazał się większy, niż przypuszczałam. Każde spotkanie pozostawiało ślad, a nawet najkrótsza rozmowa zmieniała kierunek myśli. Uczyłam się od tych, których spotykałam po drodze, nawet jeśli nie zdawali sobie z tego sprawy.
Były chwile pełne śmiechu i takie, które smakowały goryczą. Jednak właśnie wtedy zaczęłam rozumieć, że człowiek nie dojrzewa w samotności. Kształtują go spojrzenia innych, historie zasłyszane przy stole, pożegnania i powroty. To, co przeżywamy wspólnie, zostaje w nas na zawsze.
Lata mijały. Jedni odchodzili, inni przychodzili. Twarze zmieniały się jak pory roku.
— Świat bardzo się zmienił — powiedziałam.
— Każde pokolenie mówi to samo — uśmiechnął się Bóg.
— Być może. Ale widzę, jak inaczej patrzą młodzi. Jak inaczej marzą. Jak szybko biegną.
Patrzę na nich bez żalu. Każdy wiek niesie własną pieśń. Moi rodzice żyli według wartości przekazanych im przez ich rodziców. Ja otrzymałam od nich ten skarb i niosę go dalej, choć czasy są inne. Zmieniają się narzędzia, słowa, zwyczaje, lecz potrzeba miłości, dobra, bliskości i sensu pozostaje taka sama.
Dorosłość przyszła bez fanfar. Nie zapukała do drzwi. Po prostu pewnego dnia usiadła obok mnie. A wraz z nią pojawiły się próby.
Nieuleczalna choroba stała się towarzyszką codzienności. Nauczyła mnie pokory wobec własnego ciała i cierpliwości wobec tego, czego nie można zmienić. Były dni, gdy wydawało się, że krzyż jest zbyt wielki. Dni pytań bez odpowiedzi.
— Dlaczego właśnie tak? — pytałam nieraz.
Bóg nie odpowiadał od razu.
— Może nie wszystko jest po to, by zostało wyjaśnione. Niektóre rzeczy są po to, by nauczyć nas patrzeć głębiej.
Zrozumiałam wtedy, że siła nie polega na braku bólu. Polega na tym, by mimo niego nadal dostrzegać piękno porannego światła, śmiech bliskich i dobro ukryte w zwyczajnych chwilach.
Po czterdziestu wiosnach przestałam ścigać się z losem. Nie próbuję już wymuszać odpowiedzi od czasu. Nauczyłam się iść spokojnie własną drogą skrojoną na mój wymiar.
Coraz częściej dostrzegam sens tam, gdzie dawniej widziałam jedynie przypadek. To, co kiedyś wydawało się przeszkodą, okazało się lekcją. To, co brałam za stratę, niekiedy prowadziło do odnalezienia czegoś ważniejszego.
— Czy jesteś szczęśliwa? — zapytał Bóg.
Spojrzałam na niebo, gdzie pierwsze gwiazdy zapalały się jedna po drugiej.
— Jestem wdzięczna.
Bo szczęście bywa chwilą, a wdzięczność potrafi zostać na całe życie.
Dzisiaj wiem, że człowiek jest jak księga pisana wieloma rękami. Rodzice zapisują pierwsze strony. Przyjaciele dopisują kolejne rozdziały. Miłość, cierpienie, nadzieja i wiara zostawiają własne akapity. Nawet ci, którzy pojawiają się tylko na moment, potrafią odmienić treść całej opowieści.
Tak właśnie rozumiem słowa Byrona. Nie jako opowieść o jednostce zamkniętej we własnym świecie, lecz o istocie splecionej z czasem, ludźmi i historią. Każde pokolenie przekazuje następnemu niewidzialną nić doświadczeń. Z kolei człowiek staje się cząstką większej całości, która trwa mimo nieustannych zmian.
A moja droga? Wiedzie od ubogiego, lecz pełnego miłości domu, przez zachwyt młodości i trud dorosłości, aż do miejsca, w którym serce nauczyło się zgody. Nie jest to droga idealna. Jest moja, prawdziwa.
I właśnie dlatego jest piękna.

 

za: https://www.facebook.com/groups/cafepoesis/posts/977316425293164/