Ten czas wraca do mnie jak ciepły oddech w mroźną noc. Nie miał blasku wystaw sklepowych ani blichtru drogich prezentów, a jednak był pełen światła — takiego, które rodzi się w sercach, nie w portfelach. Było biednie, to prawda, ale szczęśliwie w sposób, którego dziś nie da się już kupić ani zaplanować.
Nie miałam dwunastu potraw na wigilijnym stole. Czasem było ich mniej, czasem bardzo skromne, ale każda smakowała miłością. Najważniejszym daniem była obecność rodziców, ich głosów, dłoni ciepłych mimo zimy. W małym domu, pod strzechą, świat zwalniał, jakby wiedział, że tu dzieje się coś świętego. Śmiech mieszał się z zapachem barszczu z ziemniakami, a cisza miała w sobie spokój, nie brak.
Choinka była żywa, prawdziwa, przyniesiona z lasu. Pachniała żywicą i pełnią. Nie uginała się od ozdób. Miała zaledwie kilka bombek, łańcuch, czasem aniołek z papieru, który pamiętał lepsze czasy, ale pod nią leżały lizaki. Kolorowe, zawinięte w błyszczący papier, smakujące jak cud. Trzymałam je w dłoniach ostrożnie, jak skarb, bo nim dla mnie były. Nie ilość decydowała o radości, lecz magia chwili.
Najbardziej kochałam kolędowanie z rodzicami. Ich głosy trochę nieśmiałe, czasem zmęczone codziennością, niosły się po izbie i dotykały czegoś głęboko we mnie. Śpiewaliśmy razem i zawsze sercem. Te kolędy były jak modlitwa bez słów, jak obietnica, że świat mimo wszystko jest dobry.
A potem noc. Cicha, skrząca się gwiazdami. Wychodziliśmy przed dom ze strzechą i lepiliśmy bałwana. Ręce marzły, nos czerwieniał, śnieg skrzypiał pod stopami. Śmialiśmy się, aż bolały brzuchy. Bałwan był krzywy, niedoskonały, ale nasz. Stał przed domem jak strażnik radości, jak dowód, że szczęście nie potrzebuje wiele.
Chodziłam na pasterkę. Droga do kościoła była długa i zimna, ale serce miałam gorące. Światło świec, zapach kadzidła, śpiew — wszystko to otulało mnie poczuciem, że jestem częścią czegoś większego, cichego i dobrego. Wracałam do domu zmarznięta, ale szczęśliwa, jakby w kieszeni płaszcza ukrywał się cud.
To były moje ulubione święta. Najprawdziwsze. Bez pośpiechu, bez nadmiaru, bez lęku, że czegoś zabraknie. Bo niczego nie brakowało. Była miłość, była bliskość, był dom i noc pełna gwiazd. I dzisiaj, kiedy zamykam oczy, wciąż widzę tę choinkę, czuję zapach lasu i słyszę kolędy śpiewane głosami, które na zawsze noszę w sobie.
za: https://www.facebook.com/groups/cafepoesis/posts/828502650174543/